Historia12 lutego, 2026

NOWA HISTORIA. Święty Eugeniusz de Mazenod.

Święty Eugeniusz

Święty, który umierał z nudów

Czy świętość może zacząć się od… nudy? I to takiej śmiertelnej, która dopada Cię w środku najlepszej imprezy?

Poznajcie nową historię na Nieoczywistoriach. Tym razem bierzemy na tapet Eugeniusza de Mazenoda. Jeśli myślicie, że to kolejna opowieść o grzecznym chłopcu z pobożnego obrazka, to jesteście w błędzie. Eugeniusz był kimś zupełnie innym.

„Umieram z nudów i melancholii" 

– pisał do ojca dwudziestolatek z arystokratycznym nazwiskiem i planem na życie. Miał wszystko: pochodzenie, perspektywy, zaproszenia na najlepsze bale. A czuł pustkę. Siedem lat później ten sam człowiek wędrował boso po więzieniach Marsylii, głosząc Ewangelię skazańcom. Co się stało? Czy można zrezygnować z kariery dla „czegoś więcej"? I czy taka decyzja ma sens dzisiaj?


Był arystokratą, który stracił majątek przez rewolucję. Był uchodźcą, który przez 11 lat tułał się po Europie – od Wenecji po Palermo. Był wreszcie dzieckiem z rozbitej rodziny, które po powrocie do Francji miało tylko jeden cel: dobrze się ożenić i odzyskać status.

Ale plan nie wypalił. Zamiast kariery przyszła pustka. W wieku 20 lat pisał do ojca: „Umieram z nudów i melancholii”. Miał wszystko – nazwisko, plany, bywał na salonach – a czuł, że nie ma nic.

Punkt zwrotny przyszedł w Wielki Piątek 1807 roku. To wtedy ten porywczy, dumny chłopak zrozumiał, że szuka szczęścia nie tam, gdzie trzeba. Zamiast na dwór królewski, poszedł do więzień i najbiedniejszych dzielnic Prowansji. Zamiast błyszczeć na balach, założył zakon (Oblatów Maryi Niepokalanej), by służyć tym, którymi nikt inny się nie interesował.

W naszej najnowszej historii przeczytacie o tym, jak „wielkopiątkowy wstrząs” zmienił znudzonego arystokratę w człowieka, którego apostolski ogień porównywano do św. Pawła. To opowieść o tym, że nawet z największego życiowego zakrętu można wyjść na prostą.

Related Posts

Privacy Preference Center